wybrzeze

Czarne Konie | Ars Independent 2015

Data: 26.09.2015

Wczoraj w Kinie Światowid wyświetlone zostały dwa ostatnie filmy biorące udział w tegorocznym konkursie o nagrodę Czarnego Konia. Czas więc na podsumowania, typowanie i solidną dawkę krytycznego spojrzenia. Przyznam od razu, że „kino społeczne”, jak lubię je nazywać, nie jest moją domeną. Wymaga ono zaangażowania twórcy oraz wieloaspektowej refleksji, a także rozsądku, pokory i rygoru, by podjęty temat nie przytłoczył ani reżysera, ani widza. Umiejętność balansowania na cienkiej granicy między prostotą a banałem jest w tym wypadku wskazana, ale wiadomo, że nie każdy ją posiada. Ba, posiada ją niewielu. Przyjrzyjmy się zatem, co spłodzili reżyserzy konkursowych filmów, bo właśnie to podejście dominuje wśród sześciu dzieł walczących o statuetkę.

barbarzyncy

fot. materiały prasowe

„Barbarzyńcy” Ivana Ikić’ia to powłóczysty „blokerski” dramat, próbujący przekonać widza, po raz kolejny, że tak właśnie dziś zachowuje się młodzież. Patologiczne rodziny, wulgarni kibice, łatwe dziewczyny – klisza goni kliszę, a co gorsza jest ich tak wiele, że traci się rachubę. Nie wiadomo zatem, czy ważny jest główny bohater i jego relacja z matką i ojcem, problemy z dziewczyną, porachunki z ex-kumplami w dyskotece czy rewizja rasistowskich poglądów. Groch z kapustą i mimry z mamrami posypane przyprawą do wszystkiego. Estetyka filmu nie drażni, ale też niczym się nie wyróżnia, zwłaszcza jeśli zestawić ją z kolejnymi, podobnie zrealizowanymi filmami (czyżby decydowały o tym preferencje programera?). Ostatecznie zupełnie mnie to nie przekonuje, choć może zbyt łatwo osądzam dzieło portretujące w jakiejś mierze społeczności krajów bałkańskich.

Po niezbyt udanym pierwszym seansie przyszedł czas na film dwojga brazylijskich reżyserów. „Wybrzeże” w sposób niewinny i zupełnie urzekający portretuje dwójkę bohaterów w okresie raczkującej adolescencji. Kamera kocha zarówno chłopców, jak i to, co między nimi się rodzi. Nienachalne, zupełnie bezpretensjonalne są kadry przedstawiające ukradkowe spojrzenia, rodzącą się fascynację młodym i jędrnym ciałem przyjaciela. Pofarbowane na niebiesko włosy jednego z chłopców przywodzą na myśl „Życie Adeli”, co jest skojarzeniem nobilitującym, ale nie obciążającym obrazu. Chłonęłam każde ujęcie i zbliżenie, zachwycałam się swobodą reżyserską i z przyjemnością obserwowałam nadużywanie przez twórców głębi ostrości, bo dawno tak pięknie nikt jej nie wykorzystał. Chciałabym, aby to właśnie „Wybrzeże” zostało nagrodzone Czarnym Koniem. Obawiam się jednak, że straci nagrodę na rzecz kolejnego filmu, „Zanim zabraknie mi tchu”.

zanim-zabraknie-mi-tchu

fot. materiały prasowe

Jest to bowiem najbardziej zniuansowany z filmów podejmujących tematy społeczne, a jak wiadomo, jurorzy licznych konkursów bardzo lubią takie podejście nagradzać. Realizacyjnie „Zanim zabraknie mi tchu” jest spokrewniony z „Barbarzyńcami”, bowiem Emine Emel Balci wykorzystuje podobne do Ivana Ikić’ia środki filmowe: lekko drżącą kamerę, plany półpełne, ciągnące się ujęcia. Pełna świadomość tych wyborów stawia ją jednak w lepszym położeniu, ponieważ warsztat kontrapunktuje z opowiadaną historią młodej Turczynki walczącej w pojedynkę o lepsze życie. Film sprawia wrażenie od a do z przemyślanego, a postać precyzyjnie skonstruowanej. Obserwujemy działania Serap bez zbędnego współczucia, którego ona sama sobie nie życzy. Nie ma tu nic z podejścia rodem ze „Sprawy dla reportera”, za to wiele rozumiejącej empatii dla działań młodej Serap. Nikt nie narzuca widzowi moralnej oceny jej działań, nikt nie manipuluje uczuciami widza. Wszystko to jest cenne i właściwie niewiele można filmowi zarzucić, ale ten rodzaj filmów jest mi raczej obcy, dlatego trudno mi wykrzesać z siebie więcej entuzjazmu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Co innego „Przemoc” w reżyserii Jorge Forero. Choć nowelowa struktura debiutu kolumbijskiego twórcy wytwarza w jego obrębie nierówną jakość, to przedstawiona perspektywa przekonuje mnie dużo bardziej. Zwłaszcza biorąc pod uwagę pierwszą z trzech części filmu, którą oglądałam z zapartym tchem pomimo jej niezwykle powolnego tempa. Problem wymagał jednak długotrwałego spojrzenia, ataku na percepcję widza. Właściwie nie wiemy nic ani o człowieku zniewolonym w sercu buszu, ani o jego oprawcach z karabinami, jednak intensywność samego obrazu sprawia, że nie jest to istotne. Dzieje się coś bardzo niepokojącego, co uderza widza prosto w oczy i bardzo boli, ale brak jest dosłownego wyłożenia kart na stół. Podobnie, ale już w mniej przekonujący, a przede wszystkim mniej sprawny reżysersko, sposób przedstawiono kolejne dwie nowele, dosadnie portretujące umundurowanych mężczyzn, wykonujących swoje obowiązki. Dosadnie, ale nie na wzór taniej kontrowersji i szoku (choć może się momentami wydawać inaczej).

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Trzeci dzień projekcji konkursowych przyniósł irańską produkcję Nimy Javidi, mocno inspirowanej ostatnimi dokonaniami tamtejszego kina. Aż zanadto „Melbourne” przypomina arcydzieło Farhadiego „Rozstanie”, i niestety nie może się z nim mierzyć. Choć reżyserka fabularnie bardziej skłania się ku thrillerowi, to w rzeczywistości dalej dramat społeczny o ludziach postawionych w sytuacji ekstremalnej. Testuje się tu moralność postaci, przedstawia trudne do dokonanie wybory, skłania widza do zadania sobie pytania „a co Ty byś zrobił na ich miejscu?”. Film rzeczywiście trzyma w napięciu, jak zapowiadali organizatorzy, jednak czasem aż trudno uwierzyć w to, co dzieje się na ekranie. No i poza tym thrillerowym muśnięciem nie wprowadza niczego nowego, a przydałoby się, skoro widzieliśmy już wszyscy nie tylko „Rozstanie”, ale także „Przeszłość” i „The Last Step”.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

Doszliśmy do ostatniej konkursowej propozycji, którą jest „Uśpione zwierzę” – kolektywne dzieło szóstki debiutujących reżyserów. To kolejny nierówny film, w którym niektóre nowele są intrygujące, a inne zupełnie obojętne. Widać oczywiście różny poziom warsztatu twórców, zarówno w zakresie reżyserii i prowadzenia kamery, jak i scenariusza. Wygrywający z kulturą i obyczajowością instynkt czasem przedstawiony jest w sposób bardzo przekonujący, jak w części o puszystej kobiecie walczącej z nadwagą czy ojcu wbrew sobie zafascynowanym dorastającą córką, a innym razem zupełnie absurdalnie, jak w noweli o dwóch chłopcach wychodzących na imprezę czy dziewczynie błądzącej po mieście i szukającej zaspokojenia własnych popędów. „Uśpione zwierzę” jako całość broni się raczej średnio. Uwagę zwraca jednak ponownie konfrontacja widza z pewnymi praktykami, które miast być w sposób stereotypowy przedstawione jako dewiacje, są tu pewnymi naturalnymi skłonnościami człowieka, któremu kultura związała ręce.

Wydaje mi się, że Konkurs Czarny Koń jest najmniej „independent” z całego programu Ars Independent. Wciąż czekam na dzieła pokroju świetnego „Baby bump”, zaprezentowanego w tym roku w sekcji „Inne spojrzenie” na Festiwalu Filmowym w Gdyni. Tutaj w gruncie rzeczy mało co zaskakuje. Lubię, kiedy za etykietą niezależności stoi nie tylko sposób finansowania czy kraj produkcji, ale prawdziwa wyjątkowość i niecodzienność formy. Z satysfakcją patrzę na konkurs animacji i żywię nadzieję, że konkurs główny wkrótce pójdzie tą samą drogą.

tekst został opublikowany na łamach portalu Reflektor. Rozświetlamy kulturę!

Powrót