img_1901

Kino na Granicy 2015 | dziennik

Data: 02.05.2015

Cieszyn zaskakuje nas od samego początku.  Jak już wspominałam zarezerwowaliśmy pokój w akademiku. Po 1,5 h podróży dobiliśmy do niego, chcąc porzucić swoje torby i wyjść do kina – a  właściwie to Teatru z koszmarnie niewygodnymi krzesłami, do których mam szczęście – na „Stokrotki”. Pani dała nam klucz do numeru 16, który okazał się być enigmą. Rozwiązaną jednak szybciej, niż zrobiłby to Benedict Cumberbach, ponieważ pokój numer 16 otworzył swe wrota po półgodzinnych poszukiwaniach, prezentując swe oblicze zaraz po otworzeniu wrót numer 18, które stanowią przedsionek naszego pokoju. A ponieważ akademik otwiera się dokładnie na 5 dni w roku, w czasie trwania festiwalu, nikt nic nie wiedział i poszukiwania prowadziliśmy na własną ręką.

Poszliśmy potem odebrać nasze zacne akredytacje i torby, które dumnie noszą uczestnicy w czasie spacerów po Cieszynie i żwawo weszliśmy do Teatru im. Adama Mickiewicza. Zaglądam do sali a tu proszę, co za niespodzianka: sala pełna ludzi, którzy czekają na obejrzenie filmu z 1966. Najs. Ja „Stokrotek” wcześniej nie widziałam, ale muszę przyznać, że nie mogłabym wybrać sobie lepszego filmu na rozpoczęcie przeglądu. Oglądając dzieło Chytilowej wiem, dlaczego cały świat pokochał Nową Falę – to film pełen humoru (a ja się bardzo lubię śmiać) i warsztatowej odwagi, mający jednak ciekawą puentę. Inne dzieła w ramach cyklu „Stokrotki: Kino kobiet w kinematografii czechosłowackiej” można jeszcze zobaczyć dziś (2 maja) i 3 maja.

kino-na-granicy-1

Następnie wybraliśmy się nadrobić zaległości z polskiej kinematografii i obejrzeliśmy „Jezioraka”. Oto film, który (jak powiedziała odtwórczyni głównej roli, Jowita Budnik) miał pecha do dystrybucji. Seans w Kinie Central i znowu pełna sala. Wielki szacun dla organizatorów, którzy organizują promocję przeglądu w taki sposób, że filmy nie mające szczęścia do regularnej dystrybucji znajdują tutaj duże grono odbiorców. Poza tym miejsca, w których odbywa się przegląd są naprawdę świetnie „udekorowane”, a kostki Rubika (będące motywem przewodnim identyfikacji graficznej) atakują nas z każdej strony, nie dając widzom zapomnieć, że są na festiwalu.

Po seansie „Jezioraka” odbyliśmy standardową chyba wycieczkę do sklepu po czekoladę Studentską  i Lentilky, wszamaliśmy obiad (po długich poszukiwaniach wolnego stolika GDZIEKOLWIEK), zaliczyliśmy punkt widokowy na Wzgórzu Zamkowym i zasiedliśmy spokojnie w fotelach, żeby obejrzeć „Heavy mental”. Bardzo miło było patrzeć na twórców filmu szczerze zadowolonych z frekwencji na ich zrealizowanym całkiem niezależnie filmie. Selfie na scenie się robiło, oklaski się zebrało, było naprawdę super. Świetne jest to, że twórcy polskiego kina zaczęli wreszcie eksperymentować na swój własny sposób i przestali oglądać się na zachodnie wzorce. Tacy ludzie jak Sebastian Buttny czy Krzysztof Skonieczny (reżyser „Hardkor Disko”) są przyszłością polskiego kina.

kino-na-granicy-dzien-2-1

To tyle na wczoraj. Dziś mamy zamiar dotrzeć wreszcie do kina „Piast”, zjeść polędwiczki w sosie borowikowym i knedliki, i oczywiście kręcić się na fotelach w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Dobra rada: najlepiej siedzieć w pierwszym rzędzie – tam jest najwięcej miejsca na nogi.  Bez odbioru!


Drugiego dnia zwolniliśmy tempa. Nie udało nam się wstać na tyle wcześnie, by zobaczyć któryś z filmów wyświetlanych o 9.30. Jednogłośnie postanowiliśmy, że wolimy iść do Lidla i skorzystać z okazji, jaką daje nam 2 maj – otwarte sklepy umożliwiły nam zjedzenie śniadania mistrzów. Potem jednak bezzwłocznie udaliśmy się do Teatru, by zobaczyć słowacki film „Comeback” w reżyserii Miro Remo.

Dokument o więźniach, którzy zostają wypuszczeni na wolność i nie bardzo wiedzą, co mają ze sobą zrobić jest bardzo filmem bardzo autentycznym. Mało w nim fałszywych nut a atmosfera beznadziei i bezradności (którą czuć również w hicie Filmwebu, „Skazanych na Shawshank”) bezpośrednio przekłada się na monotonię filmowego przekazu. Przyznam, że nie jest to mój ulubiony typ filmu, ale potrafię docenić autentyzm, który bije z obrazu filmowego. Byli więźniowie są wyprani z emocji i pomysłów na życie otwarcie przyznając, że wyrok nie zmienił ich na lepsze. Pobyt w więzieniu jest korzystny, bo w czasie odsiadywana wyroku ma się jakiś cel, ale na pewno nie jest nim resocjalizacja.

Po seansie ponownie przekroczyliśmy czeską granicę po tym, jak dokonaliśmy jednego z tych trudnych festiwalowych wyborów: na który film się wybrać? Doszliśmy do wniosku, że „Sen o Warszawie” będzie filmem mniej dostępnym niż „Carte blanche”, wybraliśmy się zatem do Kina Central na dokument o Czesławie Niemenie. To była raczej zła decyzja. Film niestety jest standardowym dokumentem z gadającymi głowami, laurką oblepioną lukrem i nieudanymi próbami urozmaicenia jej zastanej formuły. Ale ma momenty. Przyjaciele Niemena przypominają na przykład ulubiony suchar opowiadany przez artystę – montaż tego fragmentu to absolutna rewelacja. Może ich żart nie śmieszył, ale ludzie na sali byli rozbawieni.

kino-na-granicy-dzien-2

Po „Śnie o Warszawie” przeżyliśmy traumę – znowu nie udało nam się zjeść knedlików w „Winiarni u Czecha”. Cel przesunięty został na dzień 3 maja i tym razem zamierzamy go osiągnąć! Zjedliśmy jednak zacne burgery, udało nam się odetchnąć świeżym powietrzem na spacerze brzegami Olzy i dobiliśmy wreszcie do Kina Piast na seans filmów krótkometrażowych. I tu zaskoczenie milion: znów sala pełna ludzi. Na filmach krótkometrażowych! Naprawdę nie wiem, jak organizatorzy to robią – respekt. No i kolejne zaskoczenie: oto tutaj, w cieszyńskim Kinie Piast znalazłam jedne z najwygodniejszych foteli, na jakich siedziałam. Miejsce na nogi jest, głowa ma się jak oprzeć – marzenie festiwalowicza!

Jeśli chodzi o same filmy to przyznaję, że z dużą przyjemnością oglądam zawsze krótkie metraże. Zwykle są odważne, świeże i obrazują historie, które nie nadają się na pełny metraż, ale świecą triumfy w krótkiej formie. I tak obejrzeliśmy „Mlecznego brata”, który swoją estetyką i pomysłem raczej do mnie nie trafił za to „Superjednostka”, w której pokładałam  spore nadzieje spełniła moje oczekiwania. Teresa Czepiec (z którą wywiad możecie przeczytać TUTAJ) świetnie oddała maszynerię budynku, obok którego przechodzę niemal codziennie. Superjednostka wydaje się być perpetum mobile, nieustannie pracującą jak w zegarku maszyną, sfilmowaną zresztą bardzo adekwatnie i atrakcyjnie. Pewnie jestem nieobiektywna, ale nie czuję się źle z tego powodu.

kino-na-granicy-2

Dziś uda nam się dotrzeć na pierwszy film dnia, bo nie odpuściłabym sobie czeskiego musicalu. Bez wątpienia pójdziemy też obejrzeć film Chytilowej i zjemy wreszcie wymarzone knedliki. Ahoj!

teksty zostały opublikowane na łamach portalu Reflektor. Rozświetlamy kulturę!

Powrót