Zrzut ekranu 2019-02-11 o 21.12.34

Projekt remake: Narodziny gwiazdy

Data: 11.02.2019

„A Star Is Born” mówi Bradley Cooper. Choć brzmi to jak wydarzenie jedyne w swoim rodzaju — kosmiczne i nie z tego świata — to trudno mi uwierzyć, że obietnica wyjątkowych wrażeń, których miałby dostarczyć mi reżyserski debiut aktora, mogłaby zostać spełniona. Wszak Gwiazda rodziła się już w kinie kilka razy i czasem były to narodziny iście spektakularne.

30 listopada do kin wchodzi czwarty już film o tytule „Narodziny gwiazdy” — gorzka historia o marzącej o sławie artystce i jej powoli odchodzącym w niepamięć partnerze. Z tej okazji uruchomiłam krótki cykl PROJEKT REMAKE, by przypomnieć poprzednie trzy filmy, kolejno z lat 30., 50. i 70., które poza przejmującą fabułą mają do zaoferowania wybitne kobiece kreacje i opowieść o kolejnych dekadach funkcjonowania Hollywood i amerykańskiej sceny muzycznej. W dziełach Williama Wellmana, George’a Cukora (zwłaszcza jego!) i Franka Piersona odbija się jak w soczewce kondycja Fabryki Snów, ale też charakterystyczne dla każdej epoki sposoby opowiadania zawsze tej samej historii.

***

46059103_1589716724508192_6145143051388977152_o

NARODZINY GWIAZDY, reż. William Wellman, 1937

 

„Narodziny gwiazdy” z roku 1937 to klasyczny do szpiku kości film, który — w porównaniu do remake’ów, które powstały na jego podstawie — nie jest musicalem, ale melodramatem o wysokim stężeniu goryczy. Wyprodukowany przez legendarnego Davida O. Selznika prezentuje tę część hollywoodzkiej machiny, o której przez kolejne dekady raczej rzadko się opowiada i o której niechętnie się wspomina: rutynę produkcyjną, obyczajowe skandale, presję, hermetyczność artystycznego środowiska i bezwzględność systemu, który wydaje na świat oszałamiające widowiska.

Sukces głównej bohaterki, Esther Blodgett aka Vicki Lester, jest tyleż okupiony cierpieniem, co utopijny: jej dobroduszność, szczerość i naturalność, które zapewniły jej uznanie, z pewnością nie są (i nigdy nie będą) cechami pożądanymi przez Hollywood. Tymczasem pomimo nieszczęścia, które spotyka Esther, jej kariera pozostaje jedynym, w co warto wierzyć.

Nie ma w historii kina amerykańskiego wielu takich opowieści, w których to kobieca rola niesie na barkach scenariusz. W „A Star Is Born” doświadczenie kobiety — aktorki, wnuczki, przyjaciółki, a w końcu żony — jest polem do popisu dla każdej z gwiazd, które miały okazję wcielić się w Esther. Janet Gaynor, dla której ta rola stanowiła właściwie zwieńczenie kariery, jest tu boleśnie autentyczna, zwłaszcza w finałowych partiach filmu. Kiedy próbuje przepracować traumę i dokonuje swego rodzaju aktu publicznego oczyszczenia, kamera z uporem maniaka śledzi jej twarz, aż do samego końca.

***

48056254_1612975285515669_5354107300640456704_o

NARODZINY GWIAZDY, reż. George Cukor, 1954

Wielomiesięczne zdjęcia, ponowne kręcenie pokaźnej części materiału (produkcja zażądała realizacji w formacie Cinemascope’u), przemontowanie filmu bez wiedzy reżysera — wydaje się, że gdyby „Narodziny gwiazdy” postawałyby dzisiaj, podzieliłyby los wielu niedokończonych arcydzieł. Tymczasem w klasycznym Hollywood ciągnęło się „ten wózek” do końca.

W 1953 roku Judy Garland była już po kilku załamaniach nerwowych, po zerwaniu kontraktu z MGM-em i borykała się z uzależnieniem od tabletek. Od 4 lat nie nakręciła żadnego filmu. Kto by pomyślał, że w filmie George’a Cukora gwiazda Judy zaświeci jaśniej niż kiedykolwiek.

Kolejny raz historia o nieszczęśliwej miłości dwojga artystów pozwoliła aktorce na osiągnięcie wyżyn swoich możliwości. To, co do roli wniosła Judy Garland, stanowi jednocześnie o emocjonalnej sile filmu i osobistej tragedii tej wrażliwej, naiwnej i zupełnie bezbronnej kobiety.

Garland na własnej skórze doświadczyła tego, co w „Narodzinach gwiazdy” przeżywa Esther Blodgett: od najmłodszych lat ludzie wokół niej wiedzieli, że ma talent, ale trzeba było wiele poświęceń, by mógł on w pełni rozkwitnąć. Jest w filmie taka scena, w której Esther pędzi o świcie do departamentu urody studia filmowego, spędza tam kilka godzin, podczas których makijażyści i fryzjerzy poddają ją zabiegom upiększającym, bo coś jest „nie tak” z jej twarzą. Wychodzi z gabinetu wyglądając zupełnie inaczej — nie jak ona sama.

Film Cukora jest więc przede wszystkim o poświęceniu siebie w imię lepszego, ekranowego świata. A jest to świat pełen przepychu, radości, smutku, kolorów i splendoru. Cukor — reżyser, który miał słabość do kampowej inscenizacji — dał wyraz swoim fascynacjom i jednocześnie wsparł swoim warsztatem wirtuozerię występu Garland. Dzięki temu „Narodziny gwiazdy” są niezwykle stylowe, ale jednocześnie do bólu wzruszające.

***

48327000_1617689065044291_2276934662381109248_o

NARODZINY GWIAZDY, reż. Frank Pierson, 1976 

W roku 1976 filmowa opowieść o święcącym triumfy Hollywood nie miała sensu. Co prawda status Fabryki Snów w „Narodzinach gwiazdy” zawsze był dwuznaczny — z jednej strony wielki przemysł o ogromnych możliwościach, z drugiej machina wysysająca z człowieka soki życiowe — ale do połowy lat 60. świat wierzył w jej potęgę. W latach 70. publiczność otworzyła się za to na rockową muzykę i obserwowała poczynania największych gwiazd muzyki, które (tak się składa) były zazwyczaj nieokiełznane, zadziorne i nieprzewidywalne. Po kontestacji nie było już w kinie miejsca na dramat rozegrany w Hollywood czasów świetności. Bo Hollywood umierało.

Frank Pierson, reżyser „Narodzin gwiazdy” z roku 1976, też odwraca głowę w stronę wielkiej sceny, na której eksperymentujący z narkotykami muzycy wierzgają w orgazmicznym szale. Kris Kristofferson gra tu Johna Normana Howarda, gasnącą gwiazdę rocka, która nie radzi sobie z konsekwencjami sławy. Gdy w klubie Los Angeles poznaje zadziorną piosenkarkę Esther Hoffman, nie pozwala jej o sobie zapomnieć i postanawia wprowadzić ją na szerokie wody przemysłu muzycznego.

Barbra Streisand dała się poznać jako Fanny Brice w „Zabawnej dziewczynie” — musicalu , dała popis własnych możliwości i wyraźnie zniechęcała tych, którzy chcieliby kiedyś wejść jej w drogę. W „Narodzinach gwiazdy” ma tej zuchwałości jakby więcej i mniej jednocześnie: jako Esther z jednej strony nie boi się postawić pijanemu celebrycie, z drugiej boi się sama podjąć kroki, które wyniosłyby ją do muzycznej pierwszej ligi. Choć jej głos jest mocny jak zawsze, to kiepska reżyseria psuje wszystkie bez wyjątku wykonania Streisand. Raz Pierson nie daje nam odpowiednio dużo czasu, by zrozumieć błyskawiczne zauroczenie personą Esther, innym razem nie spuszcza z niej wzroku przez kilka długich minut, zdecydowanie zbyt męczących dla oka.

Filmowi brakuje też dramatyzmu i koniecznego w tej historii wzajemnego oddania bohaterów: Kristofferson i Streisand całują się i dotykają tak niezręcznie, że trudno o emocjonalne zaangażowanie. Trudno też zrozumieć źródła ich postaw, bo choć film jest długi, to zawiera sceny, bez których mógłby się obyć (jak kolejny sceniczny wybryk Johna), a brakuje w nim scen, które dawałyby tej tragicznej historii niezbędny do jej zrozumienia kontekst.

Ta post-hippisowska tragedia broni się wyłącznie pewną surową świeżością, którą do kina wniosły lata 70., obfite w kolorowe stroje, niechlujne fryzury i nonszalancję artystycznych środowisk. A Barbra Streisand bajecznie wygląda w trwałej.

Powrót