nić widmo

Ukryte zalety tafty

Data: 07.03.2018

„Cokolwiek robisz, rób to ostrożnie” – mówi w „Nici widmo” jedna z bohaterek. Jest to jednocześnie najlepsze i najgorsze podsumowanie najnowszego filmu Paula Thomasa Andersona. Wycofany z pozoru reżyser w białych rękawiczkach i z matematyczną precyzją tka bowiem swój arras, by ostatecznie efekt tej misternej pracy potraktować z nonszalancją jak pierwszy lepszy dywan.

I nie jest to bynajmniej zarzut z mojej strony – jeśli za coś Andersona cenię, to za jego umiejętność godzenia skrajności. Któż inny zrobiłby wycyzelowany artystycznie film o pornobiznesie albo obsadził w roli charyzmatycznego guru Philipa Seymoura Hoffmana – aktora o emploi nieudacznika? W „Nici widmo” Anderson decyduje się na okiełznanie szalonego ego swoich postaci sztywnymi ramami norm. Od czasu do czasu folguje im jednak – i wtedy na twarzach aktorów malują się ledwo dostrzegalne, choć wybuchające z siłą ładunku atomowego grymasy. Wielkie i małe rzeczy zawarte w jednym ujęciu – ot cały Anderson.

„Nić widmo” to nie tylko film o modzie i pojedynku charakterów. Kiedy obserwujemy Reynoldsa (tradycyjnie epicki Daniel Day-Lewis) — wybitnego projektanta i wykonawcę sukien — wiemy, że tu nie chodzi tylko o kiecki, walkę jego partnerki Almy (porcelanowo doskonała Vicky Krieps) z zaburzeniami obsesyjno-kompulsywnymi i paskudnym charakterem ekscentrycznego kreatora. To przede wszystkim pojedynek o terytorium, które zamaszyście zaznaczają swoimi gestami wszyscy bohaterowie. To walka na spojrzenia, film o twarzach i triumf niewyrażalnego.

Dlatego niewiele z fabuły trzeba zrozumieć – sam twórca „Magnolii” sugeruje zresztą w finale, że zdrowy rozsądek i nasze skłonności do rekonstrukcji przebiegu akcji na nic się nam zdadzą. Za to sporo trzeba poczuć i nauczyć się obserwować. Z poziomu racjonalnego oglądu trudno bowiem zrozumieć kwestię podstawową: co jest takiego wspaniałego w tych ciężkich sukniach z tafty w przeterminowanych z punktu widzenia trendów kolorach? W niczym nie przypominają one bowiem legendarnych i pamiętnych sukien, które zwykliśmy uważać za piękne – biało-czarnej kreacji Grace Kelly z „Okna na podwórze”, zwiewnej sukienki Marilyn Monroe ze „Słomianego wdowca”, seksownej sukni Rity Hayworth z „Gildy”, koszuli nocnej Elizabeth Taylor z „Kotki na gorącym, blaszanym dachu”… To, dlaczego klientki Reynoldsa kochają szyte przez niego odzienie, pozostanie dla nas tajemnicą – musimy jednak poczuć, że jest coś, co czyni z tych ubrań mroczny przedmiot pożądania, a z samego Reynoldsa – mistrza (podobnie było zresztą w przypadku wspominanego już Philipa Seymoura Hoffmana w roli Lancastera Dodda w „Mistrzu”).

Aby przejść nad tym fenomenem do porządku dziennego Anderson decyduje się na wykorzystanie swoich standardowych chwytów – długich ujęć na twarze klientek, ale i na osnutego aurą dandyzmu projektanta. Chwila poświęcona na obserwację zaszklonych oczu hrabiny Henrietty (Gina McKee) wystarczy, by dać się ponieść wrażeniu, że coś jest na rzeczy. Długie wpatrywanie się w ruchy mistrza igły i nici oraz dokładny ogląd jego porannej toalety ujawniają naturę Reynoldsa.

Nie ma w jego metodzie nic spektakularnego – wszystko toczy się własnym rytmem. Kiedy Cyril (cudownie władcza Lesley Manville) pyta brata, czy nie ma on aby ochoty na wycieczkę na wieś, chętnie odpowiadamy w duchu za niego: „Sure, why not!”. Na wsi niewiele się wydarza – spokojne, choć obfite śniadanie, randka z kelnerką, spacer brzegiem o zachodzie słońca.

Opowieść jest konsekwentna w swej prostocie, a środki doskonałe w jej przedstawieniu: stateczna kamera towarzyszy projektantowi i jego nowej muzie (która ma „brzuszek”, tak jak Reynolds lubi), inscenizacja jest skromna, a kolory stonowane. Geniuszu Andersona jako reżysera upatrywać można jednak przede wszystkim w niemal bezbłędnej intuicji  przy wyborze obsady. Ta potrafi zdziałać cuda i nudną opowieść – którą „Nić widmo” w istocie jest – rozgrzać do czerwoności. U twórcy „Boogie Nights” nie podaje się wyłącznie dialogów, nie tyje się i nie chudnie, by pokazać gwiazdorską metamorfozę. Można powiedzieć, że aktorzy mają za zadanie oddać Andersonowi – jak Alma Reynoldsowi – każdą cząstkę siebie: zarówno niezbyt urodziwe, trochę niezdarne ręce Krieps czy kościste nogi Day-Lewisa, jak i nieprzeciętne twarze ich obojga – po to, aby reżyser mógł okiełznać je rygorem zachowań napisanych przez siebie postaci.

Na tych ostatnich maluje się parada niewyrażonych emocji, ściśniętych i okiełznanych. Jedyne, co udaje się uchwycić, to pełen determinacji wzrok – wyraz toczącej się walki. Bez względu na to, o co walczą Reynolds, Alma i Cyril (o władzę, uwagę, poklask) robią to w ciszy, od czasu do czasu tracąc jednak nad sobą kontrolę – wtedy ich gesty wymykają się dotychczasowemu rytmowi, a usta niezgrabnie się grymaszą. W scenach posiłków, które zaspokajają przecież  najbardziej podstawowe potrzeby w sposób wybitnie skonwencjonalizowany, ujawniają się te mikro-wyłomy: fascynacje, napięcia, naigrywanie i groźby wyrażane w nad wyraz ekspresyjnym smarowaniu kromki dżemem lub gwałtownym zarzuceniu siwych włosów.

Rozwodzę się nad pracą aktorek i aktorów bo czuję, że jestem bohaterami i bohaterkami tak samo zainteresowana, jak Paul Thomas Anderson. Jego filmy – i nie inaczej jest z „Nicią widmo” – to swoiste laboratorium gry aktorskiej; eksperyment na postaciach kontrapunktowany niezawodną, perfekcyjną formą. Zamiłowanie reżysera do długich ujęć w półzbliżeniu („upierdliwej kamery”, jak lubię je nazywać) sprzyja tym testom – kamera jest tam po to, by uchwycić najdrobniejsze gesty postaci, przypierać je do muru, pokazywać, gdy są piękne i dostojne oraz zmęczone i irytujące. Anderson jest ostrożny tylko tam, gdzie musi. Trzyma swoje obrazy na wodzy, ale to, co się w nich wydarza, pozostaje często poza zasięgiem jego władzy.

Dzięki temu autor „Aż poleje się krew” unika błędów wielu formalistów, takich jak Stanley Kubrick czy Wes Anderson, którzy w swojej zapalczywości nie raz zapomnieli wpuścić na plan trochę świeżego powietrza (i ego inne niż własne). Ten oddech w „Nici widmo” sprawił, że film Andersona mnie zachwycił – inaczej niż większość przeszarżowanych, powtarzających do znudzenia te same stylistyczne sztuczki i wałkujących te same tematy filmów w rodzaju „The Square” i „Happy Endu”. Nie rości on sobie bowiem prawa do moralnego absolutyzmu i w swoim – bardzo przecież wyrazistym – kształcie daje się zwyczajnie polubić.

Ponieważ artystowskie aspiracje reżyserów i ich samozachwyt (zamiast fascynacji światem, dla przykładu) nie leżą w moich filmowych zainteresowaniach, z uśmiechem na ustach przyjmuję „Nić widmo” – to wysoce stylowe kino o ludziach, o których niewiele wiem, ale którzy, z jakiegoś nieznanego mi powodu, lubią te niezbyt ładne kiecki.

Ocena: 9/10

tekst został opublikowany na łamach portalu Reflektor. Rozświetlamy kulturę!

Powrót