Creepyness is easy. Subiektywny ranking filmów Tima Burtona

Data: 19.01.2015

Tim Burton jest jednym z tych szczęśliwców, któremu udało się dotrzeć ze swoją charakterystyczną twórczością do szerokiej widowni multipleksów. Każdy jego film to wydarzenie, zwłaszcza kiedy występują w nim Johnny Depp i Helena Bonham Carter. Wyimaginowany przez reżysera bardzo creepy (nie znam lepszego, polskiego określenia) świat to prawdziwa maszyna do zarabiania pieniędzy – 17 pełnometrażowych filmów Burtona, w tym dwie animacje, zarobiły już dla wytwórni grube miliony dolarów. Z okazji niedawnej premiery jego ostatniego filmu pt. „Wielkie oczy” postanowiłam stworzyć ranking i ułożyć dzieła tego twórcy od filmu, moim zdaniem, najgorszego do najlepszego. Wyrażenie „moim zdaniem” jest kluczowe dla tego zestawienia. Jak wyglądałyby Wasze rankingi?

  1. „Marsjanie atakują” / „Mars Attacks!” (1996)

Nie lubię tego filmu i kompletnie nie rozumiem, dlaczego wciąż emituje się go w telewizji. Prostacki humor, tanie efekty, nieudana satyra na amerykańskie społeczeństwo. Tego filmu nic nie uratuje, nawet Jack Nicholson. Głupie to po prostu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Planeta małp” / „Planet of the Apes” (2001)

Franczyza zlecona przez 20th Fox Century, tyle tylko, że tym razem Burton nie odrobił lekcji z umiejętności zachowania swojego stylu. Sam film nieźle się ogląda, pomimo karykaturalnie pobrzmiewających pytań o sens człowieczeństwa (zwłaszcza, jeśli skonfrontować „Planetę małp” z „2001: Odyseją kosmiczną” lub innymi podobnymi dziełami). Pomiędzy górnolotnymi sentencjami a kinem mainstreamowym jest spora przepaść. No i to zakończenie – zupełnie chybione.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Wielka przygoda Pee Wee Hermana” / „Pee-wee’s Big Adventure” (1985)

Główny bohater tego filmu jest nadzwyczajnie irytujący od pierwszych minut jego obecności na ekranie. Pee Wee Herman nie jest czarująco ekscentryczny, ale zwyczajnie nie do zniesienia, choć inne postaci z filmu pozostają pod wpływem jego wątpliwego uroku osobistego. Sam film to przede wszystkim zbiór gagów, ale na uwagę zasługują całkiem ciekawe nawiązania do przemysłu filmowego i kinematografii w ogóle (być może mam spaczoną wyobraźnię, ale skojarzenie ze „Złodziejami rowerów” nasunęło mi się od razu; jedna ze scen przypomina słynny spacer człowieka, którzy przegrał życie). Mimo wszystko całość wypada chaotycznie i mało oryginalnie.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Wielkie oczy” / „Big Eyes” (2014)

Temat wzięty na tapet jest bardzo interesujący, choć mniej pod kątem biografii Margaret Kaene, a bardziej od strony rozkwitu kultury masowej i jej krytyki. Szkoda tylko, że te wątki zostały zupełnie nierównomiernie rozłożone. Tło filmu, a więc szerząca się moda na tandetę i sztukę masową nastawioną na zysk, zostało potraktowane bez należytej uwagi, a w samej historii małżeństwa Kaene dominuje mąż, odgrywany przez ocierającego się o groteskę Christopha Waltza zamiast jego urokliwej żony (Amy Adams), która jest rzekomo główną bohaterką filmu.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Alicja w Krainie Czarów” / „Alice in Wonderland” (2010)

To jest film, w którym Burton sobie pofolgował, bo kto bogatemu zabroni. To był zdecydowanie największy, najbardziej rozpromowany i najbardziej komercyjny projekt. Jak to się czasem mówi: reżyser czuł się jak mały chłopiec, który swoimi kredkami narysował swój świat tak, jak mu się podobało. Mimo tego nie uważam „Alicji w Krainie Czarów” za jakąś spektakularną porażkę. Minus daję za brak umiarkowania w użyciu środków. Co za dużo, to niezdrowo. Brakowało mi też wyjątkowego języka, jakim jest napisany pierwowzór literacki. Ostatecznie jest to jednak bardzo kolorowa i przyjemna rozrywka.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street” / „Sweeney Todd: The Demon Barber of Fleet Street” (2007)

Nie podzielam zachwytów nad tą produkcją (głównie ze względu na scenariusz), ale bardzo ją doceniam. Zarówno w kwestii konsekwencji w realizacji własnej wizji, jak i odwagi w przełamaniu musicalowych konwencji. Chyba w żadnym innym filmie pomiędzy Johnnym Deppem a Heleną Bonham Carter nie było takiej chemii. W „Sweeney Todd” stanowią duet idealny, jeszcze niezmanierowany. Mimo wszystko, niestety, jest to jedno z takich dzieł, którego, pomimo szczerych chęci, nie potrafię polubić tak jak wszyscy. Ale wiem, że bywa uważany za jedno z najlepszych filmów Burtona. Niemniej jednak u mnie na miejscu czternastym.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Frankenweenie” (1984)

Już wtedy (a może jeszcze wcześniej?) zaczęły pojawiać się filmy dla dzieci, które nie do końca wpisywały się w cukierkową konwencję, będąc zamiast tego mroczne i niepokojące. Taki właśnie jest średniometrażowy „Frankenweenie”. Najmniej przeraża oczywiście sam pies powstały z martwych – najbardziej creepy są sąsiedzi, którzy żyją w swoich perfekcyjnych domkach na przedmieściu. Od tej pory ten krajobraz będzie stałym elementem dzieł Burtona. Film, w porównaniu do późniejszej „Wielkiej przygody Pee Wee Hermana” zawiera wiele z późniejszych cech stylu reżysera.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Mroczne cienie” / „Dark Shadows” (2012)

Wiem, że większość krytyków zbluzgała ten film. Wielu widzów zresztą też. Ale ja pozostaję urzeczona szalonymi latami siedemdziesiątymi, które zostały w „Mrocznych cieniach” przedstawione w krzywym zwierciadle. Zderzenie dwóch epok (tu: wieku XVIII i lat 70. wieku XX) zawsze wypada zabawnie (patrz: „Kate i Leopold”). Ponadto nigdy nie potrafię się oprzeć urokowi Evy Green odgrywającej femme fatale. Nie czarujmy się: jest lepsza od Johnny’ego Deppa.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Ed Wood” (1994)

Im więcej myślę o tym filmie, tym bardziej go lubię. W portrecie twórcy (znanego jako „najgorszy reżyser wszech czasów”) Burton zawarł wiele ze swoich filmowych fascynacji, a Ed Wood zaprezentowany został z taką dozą ciepła i serdeczności, że miło nam patrzeć na wyczyny tego dziwaka. Na uwagę zasługuje tu także wspaniała kreacja Martina Landau, który wcielił się w rolę Beli Lugosiego, starzejącego się i odchodzącego do lamusa, a niegdyś wielkiego aktora filmów grozy. Nic bardziej nie zachęci cię do oglądania tych okrutnie złych, ale jakże zabawnych filmów Ed Wooda niż dzieło Burtona.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Vincent” (1982)

Sześć minut będących kwintesencją stylu Burtona. Widać, że od razu miał pomysł na siebie, tylko musiał przyjść czas na to, by producenci dostrzegli w nim potencjał. Mały chłopiec mający makabryczne marzenia mógłby pełnić rolę porte-parole reżysera – Vincent ma bowiem nieograniczoną wyobraźnię, a twórczość Edgara Allana Poe i postać Vincenta Price’a (pełniącego tu zresztą rolę narratora) są dla niej pożywką. Żyje on też we własnym świecie, choć rzeczywistość wciąż się dobija do drzwi jego umysłu. Wylewające się z kadrów absurd i nieprawdopodobieństwo połączone z codziennością przesiąkną na stałe do fabuł Burtona.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

P.S. Robi się coraz trudniej.

  1. „Jeździec bez głowy” / „Sleepy Hollow” (1999)

Bardzo lubię ten film, ale muszę przyznać, ze bardziej intrygują mnie te dzieła Burtona, które łączą w sobie realizm i fantazję, nie dając przewagi żadnej ze stron. Tutaj szala przeważa na stronę fantazji, dlatego film plasuje się w połowie stawki. Ponadto przekraczanie granicy z realnego w niesamowite jest tu wyrażone dosłownie nie raz i nie dwa, a przecież najciekawiej jest wtedy, gdy ten stosunek wyraża się w samym obrazie i relacjach bohaterów. Niemniej jednak „Jeździec bez głowy” wygrywa poprzez nawiązania do romantyzmu i powieści gotyckich, co nadaje filmowy wyjątkowy charakter.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Sok z żuka” / „Beetlejuice” (1988)

Trochę z przekory, trochę ze względu na własne upodobania, ale przede wszystkim biorąc pod uwagę kultowość tego filmu, umieszczam „Sok z żuka” na wysokim dziewiątym miejscu. Wielokrotna emisja filmu na Polsacie oraz jego obieg na VHS-ach sprawiły, że mam do niego sentymentalny stosunek. Jednak na swoje usprawiedliwienie powiem, że samograjem tego filmu, wynoszącym go na wyżyny doskonałej rozrywki jest Michael Keaton jako Beetlejuice. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że ten aktor, kojarzący mi się z rolami twardych facetów o kamiennej twarzy, tak doskonale odegrał postać stukniętego bioegzorcysty.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Frankenweenie” (2012)

W tej animacji już w większym zakresie posłużono się komputerem, jednak to wciąż kawał dobrego kina. W pełnometrażowej wersji „Frankenweenie” rozbudowano fabułę o godzinę w stosunku do filmu z 1984 roku i wprowadzono wątek nieposłusznych dzieci bawiących się w Boga dla zdobycia przewagi w grupie rówieśników. W animowanych postaciach Burtona widać inspirację malarstwem Margaret Kaene, bowiem wszystkie dzieci będące głównymi bohaterami opowieści są wyposażone przez animatorów w „wielkie oczy”. Za połączenie wątków rzeczywistych i niesamowitych oraz chęć zaangażowania w odbiór także dorosłych widzów (którzy docenią przede wszystkim styl, a nie tylko humor) „Frankenweenie” zasłużył w moim rankingu na miejsce siódme.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Gnijąca panna młoda Tima Burtona” / „Corpse Bride” (2005)

Jestem wielką fanką animacji Burtona, ponieważ jako jedne z niewielu w kinie głównego nurtu (obok „Koraliny” na przykład) niwelują stereotyp animacja=bajka. Właśnie dlatego znajdą się one w moim rankingu na wysokich pozycjach. „Gnijąca panna młoda” to doskonałe połączenie wyjątkowej formy, jaką jest animacja poklatkowa, którą obecnie rzadko się wykorzystuje (mówię oczywiście o kinie mainstreamowym) z chwytliwą fabułą, w intrygujący sposób wplatającą w swoją strukturę numery musicalowe. Lubię takie połączenia.

gnijaca-panna-mloda-materialy-prasowe

  1. „Duża ryba” / „Big Fish” (2003)

Muszę przyznać, że tak jak jeden z bohaterów tego filmu mam słabość do dobrze opowiedzianych historii. „Duża ryba” to manifest storytellingu, będący dla mnie idealnie wyważonym połączeniem realizmu i fantazji, dzięki czemu nasza codzienność po obejrzeniu tego filmu wydaje się trochę bardziej magiczna. To także piękna opowieść o nieustającym konflikcie pokoleń: konflikcie marzeń, ambicji, aspiracji syna i ojca. Zwaśnionych członków rodziny łączy zrozumienie dla drugiego człowieka. „Duża ryba” to historia pełna ciepła, która przypomina trochę „Prostą historię” Davida Lyncha. Obaj reżyserzy zrobili film niby niewpasowujący się w ich dotychczasowy dorobek, a jednak go idealnie dopełniający.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Powrót Batmana” / „Batman Returns” (1992)

Obok „Sin City” uważam Burtonowskiego „Batmana” za najlepszą filmową adaptację komiksu. Za tak wysoką pozycję drugiej części w rankingu odpowiada troje aktorów: Michael Keaton, Danny DeVito i Michelle „miau” Pfeiffer. To combo to sensacja! Michael Keaton, jak wszyscy wiedzą, był najlepszym z Batmanów, DeVito odegrał tu jedną z lepszych ról w swojej karierze, a Michelle Pfeiffer wydawała z siebie najobrzydliwsze w historii kocie odgłosy ubrana w zmysłowy lateksowy strój. Burton dodał od siebie przepiękną koncepcję scenografii oraz charakterystyczną mroczną aurę Gotham City.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Batman” (1989)

Jack Nicholson jako Joker to kwintesencja groteski. Co to jest za postać! Film zasługuje na brąz, za to Nicholson na złoto! On i najobrzydliwsze miasto świata – Gotham – pasują do siebie jak ulał, a scena, podczas której Joker robi rozróbę ze swoimi sługusami w firmie, to połączenie, które wywołuje zarówno śmiech, jak i obrzydzenie. Sam „Batman” to mimo wszystko najpoważniejszy film Burtona, najmniej w nim humoru, za to najwięcej ludzkiej perfidii i brzydkich, nieestetycznych obrazów miasta i bohaterów. Za ten „skok w bok” i świetne aktorstwo film ląduje na miejscu trzecim.

fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Charlie i fabryka czekolady” / „Charlie and the Chocolate Factory” (2005)

To niesamowite, co ten film ze mną zrobił! Kibicowałam, żeby tym wrednym dzieciakom stała się krzywda na ekranie! Na nic porady Superniani, niech się topi w czekoladzie grubas jeden. Rzecz w tym, że „Charlie i fabryka czekolady”, mimo bycia rzekomo filmem familijnym, pokazuje raczej błędy wychowawcze rodziców, co stanowi o jego niezaprzeczalnej wartości. Oprócz tego, Johnny Depp jako Willy Wonka to jedna z moich ulubionych postaci z filmów Burtona: perfekcyjny pan pedant, który zaprasza dzieci do swojej fabryki chociaż ich nie znosi? Lubię to. Właściwie lubię w tym filmie wszystko, łącznie z industrialnym obrazem miasta, fantasmagoryczną wizją fabryki i klimatem rodem z „Czarnoksiężnika z Oz”. Mam w sobie dużo z dziecka, dlatego pokochałam ten film od pierwszego seansu i wiem, że to miejsce na podium może wielu zaskoczyć.

fot. fot. materiały prasowe

fot. materiały prasowe

  1. „Edward Nożycoręki” / „Edward Scissorhands” (1990)

Pierwsza i najlepsza odsłona duetu Burton-Depp. Przerażająca wizja przedmieść przedstawiona w sielankowej kolorystyce to mistrzostwo osiągnięte zarówno przez operatora, jak i scenografa. Oprócz tego to również szczytowe osiągnięcie samego Burtona, w którym wszystkie elementy, którymi później zaczął szarżować, były utrzymane w ryzach harmonii stylistycznej. Ilość dziwności i realności została perfekcyjnie wyważona i podana w zachwycającej opowieści o przyjaźni, miłości i tolerancji. Depp stworzył kreację perfekcyjną, ale nie karykaturalną, co przy okazji tej postaci nie było łatwym zadaniem. „Edward Nożycoręki” zawiera wszystko co najlepsze z Burtona, dlatego został moim numerem jeden.

edward-nozycoreki-materialy-prasowe

fot. materiały prasowe

Powrót