To żyje!

Data: 17.01.2019

Pamiętam, że kiedy ja byłam zajęta opieką nad zwierzątkiem Tamagotchi i oglądaniem „Czarodziejek z księżyca”, mój starszy brat powoli żegnał się z zabawkami i witał się z komputerem. Do dziś jednak mam przed oczami ten obraz: czarno-białe biurko, a na nim (wśród innych rzeczy) stos kart z koszykarzami NBA i rozkładany żółty Transformer. Wtedy nigdy nie pomyślałabym, że tyle frajdy sprawi mi premiera kolejnego filmu o robotach, które potrafią przetransformować się w samochody.

Po serii nieudanych super-bombastycznych-kosmicznych widowisk w reżyserii Michaela Bay’a, w kinach zagościł „Bumblebee” Travisa Knighta — prequel w iście ejtisowym klimacie. Na starcie można by więc oskarżyć Paramount o tani chwyt żerowania na millenialskiej słabości do czasów błogiego dzieciństwa. W Polsce był to czas sprzed nomen omen transformacji ustrojowej, kiedy do naszego kraju bardzo powoli przenikały seriale animowane typu „He-Man” i „G.I. Joe”, bardzo popularne w USA. Jednak powrót do lat 80. to w „Bumblebee” nie tyle powrót do tych „złotych” czasów naznaczonych globalizacją rozrywki, ile do czasów świetności samych Transformerów.

W 1987 dogasa zimna wojna i wrze amerykańska duma (z obawy przed przegraną). W telewizji karierę robi ALF, a coraz więcej tyjących mieszkańców USA pokłada wiarę w dietę Strażników Wagi. Minie jeszcze chwila, zanim metal będzie musiał podzielić się uwagą z zyskującym na popularności grunge’m. W takich czasach żyje Charlie (Hailee Steinfeld), 18-letnia pasjonatka samochodów, wyrodna córka, wredna siostra i fanka dobrej muzy. Jak każda nastolatka marzy o aucie, które da jej względną niezależność na przedmieściach San Francisco. W starym warsztacie udaje jej się uruchomić rozklekotanego Garbusa, którego przygarnia i któremu daje schronienie w niewielkim garażu.

Lata 80. nie są tu wyłącznie serią nostalgicznych tricków. „Bumblebee” to film całkiem nowoczesny, bez użycia „ziarna”, bez „niepokojącej muzyki” przed konfrontacją z wrogiem. Najbardziej „efekciarskie” będzie tu chyba użycie transfokatora i to by było na tyle, jeśli chodzi o bajerancki warsztat. Powrót do przeszłości serwuje przede wszystkim hołd dla oryginalnej pierwszej generacji Transformerów, czyli serialu z lat 80. Knight, wcześniej twórca wspaniałego „Kubo i dwie struny”, docenił plastikowy urok oryginalnych zabawek i postanowił uczynić Bumblebee bardziej obłym i bryłowatym, by zatrzeć wspomnienie Autobotów Bay’a: kupy kabli i mnóstwa malutkich komponentów (podobno współczesne Transformery składa się pół godziny! Z instrukcją!).

Nie brak jednak filmowi mainstreamowego sznytu: w soundtracku znajdziemy czołowe hity końca lat 80., takie jak „Higher Love” czy „Never Gonna Give You Up”, ale robotę robi przede wszystkim „The Touch” — utwór, który pojawił się w „Transformers: The Movie”, pierwszej pełnometrażowej animacji o Transformerach z 1986 roku. Ulubioną piosenką samego Bumblebee pozostaje jednak „Don’t You (Forget About Me)” — kultowa piosenka z coming of age’owego klasyka, „Klubu Winowajców”.

Przywrócony przez dziewczynę do życia żółty Autobot, oglądający na okrągło wspomniany film Johna Hughesa, wreszcie jest postacią, którą chce się poznać. W filmach Michaela Bay’a Autoboty i Deceptikony były maszynami do soczystej naparzanki i niszczenia największych miast Ameryki — w obronie Ziemi i całego wszechświata, oczywiście. Bumblebee w filmie Travisa Knighta wreszcie ma jakąś osobowość i własny, niezgrabny styl bycia, który czyni z niego fajnego kumpla niepewnej siebie dziewczyny. Bay sam nigdy nie wpadłby na pomysł, by zamiast przez pół filmu rozwalać Chicago albo Los Angeles, splądrować w jednej zabawnej sekwencji nieduży dom, co z gracją i humorem zrobił Knight. Wybór mniejszej skali poskutkował godnym odnotowania umiarem: w „Bumblebee” jest dokładnie tyle scen akcji, ile trzeba. Finałowe starcie ma miejsce w okolicach oddalonej od miasta wieży nadawczej, dzięki czemu oszczędzono nam tych nieznośnych ujęć, w których ludzie w popłochu uciekają między budynkami przed walczącymi robotami. Całość nie przekracza dwóch godzin, więc wreszcie nie nudzą się nam kolejne jatki i wyścigi.

„Bumblebee” nie jest całkowicie spełnionym filmem. Obrana przez scenarzystkę Christinę Hodson młodzieżowa oprawa obfituje w klisze: Charlie jest zbuntowaną nastolatką niezrozumianą przez matkę, nie ma znajomych, a popularne i bogate koleżanki co rusz ją upokarzają. Reszta historii też ma czasem niepokojąco kiczowaty charakter — Szalony Naukowiec (John Ortiz) jest szalony trochę za bardzo, a Teksas, z przyczepami, butami kowbojkami i redneckami zbyt stereotypowy. Ale nic to przy frajdzie, z jaką wreszcie można popatrzeć na uczącego się wypowiadać piosenkami Bumblebee, poruszającego mechanicznymi biodrami w rytm „Take On Me”.

P.S. Za wszystkie uwagi dotyczące oryginalnych, animowanych „Transformers” dziękuję mojemu bratu, fanowi Transformerów, który zwrócił uwagę nie tylko na to, jak świetnie zrealizowane są sceny akcji, ale podpowiedział mi też, by przyjrzeć się oryginalnemu wyglądowi Autobotów. I wspomniał o powracającym z ejtisowych zaświatów „The Touch”. Dobra robota!

Ocena: 7/10

Powrót